Przestań optymalizować swój odpoczynek

Sen, medytacja, aplikacje do monitorowania zdrowia, suplementy, spa & wellness, weekendowe wyjazdy i codzienne rytuały. Ludzie coraz więcej wiedzą, jak odpoczywać, regenerować się i dbać o własny dobrostan, a jednak łatwo wpadamy w pułapkę kolejnych zadań do wykonania. Wszystko obowiązkowo odpowiednio planujemy, mierzymy i optymalizujemy. Tymczasem nie wszystko, co robimy dla siebie, musi mieć konkretny mierzalny cel. Czasem zwykła świeca może po prostu pięknie pachnieć, herbata wyjątkowo smakować, a spacer nie musi być treningiem uważności. Może zamiast szukać kolejnego sposobu na lepszy odpoczynek, warto na chwilę przestać go ulepszać? Wyłączyć telefon, zwolnić tempo i pójść do lasu bez aplikacji i bez planu. Tak po prostu.

Potrzeba kontroli Trudno dziś nie odnieść wrażenia, że żyjemy w czasach nieustannej kontroli. Kontrolujemy liczbę kroków, godziny snu, poziom aktywności, dietę, czas spędzany przed ekranem. Mierzymy produktywność i regenerację, planujemy posiłki, treningi i czas przeznaczony na odpoczynek. Nawet chwila dla siebie coraz częściej pojawia się w kalendarzu jako kolejne zadanie do wykonania. Nie jest to wyłącznie efekt mody na produkty wellness. Potrzeba kontroli jest głęboko zakorzenioną ludzką potrzebą, a psychologowie od lat badają związek pomiędzy poczuciem kontroli a dobrym samopoczuciem ludzi. Możliwość wpływania na własne otoczenie i przewidywania konsekwencji własnych działań daje nam poczucie bezpieczeństwa oraz sprawczości. Kiedy rzeczywistość staje się bardziej nieprzewidywalna, naturalnie szukamy obszarów, nad którymi możemy sprawować kontrolę, a w efekcie zyskać poczucie wewnętrznego bezpieczeństwa i komfortu psychicznego. Ale czy na pewno? Bardzo łatwo przyjmujemy przekonanie, że własne samopoczucie można odpowiednio zaplanować. Jeżeli źle śpimy, szukamy sposobu na lepszy sen. Jeżeli jesteśmy zmęczeni, szukamy sposobu na regenerację. Jeżeli jesteśmy zestresowani, szukamy techniki, która pozwoli nam się wyciszyć. Problem zaczyna się wtedy, kiedy odpoczynek przestaje być odpoczynkiem, a staje się kolejnym obszarem, którym trzeba sprawnie i koniecznie profesjonalnie zarządzać. Natura, która nie musi być lasem Kiedy mówimy o kontakcie z naturą jako antidotum na to zmęczenie kontrolą, wyobraźnia od razu podsuwa las, góry, dziki brzeg jeziora albo morza, czyli coś, na co trzeba sobie zaplanować czas, dojechać, wygospodarować cały dzień. I znowu wracamy do punktu wyjścia: kontakt z naturą staje się kolejnym punktem w kalendarzu, kolejnym wyjazdem do zorganizowania, kolejnym wyjątkowym przedsięwzięciem z co najmniej tuzinem gadżetów na wszelki wypadek. Tymczasem jedno z ważniejszych badań w historii psychologii środowiskowej dotyczyło czegoś dużo skromniejszego niż górska wyprawa. W 1984 roku amerykański badacz Roger Ulrich przeanalizował dokumentację medyczną pacjentów po tej samej operacji w tym samym szpitalu z jedną tylko różnicą. Część z nich miała z okna widok na drzewa, a część patrzyła na ceglaną ścianę sąsiedniego budynku. Ci pierwsi wracali do zdrowia szybciej, rzadziej sięgali po silne leki przeciwbólowe, a pielęgniarki opisywały ich stan w dokumentacji zdecydowanie łagodniej. Żaden z tych pacjentów nie spacerował po lesie. Wystarczył widok zza szyby. Kilka lat później małżeństwo psychologów Rachel i Stephen Kaplan zaproponowało wyjaśnienie, dlaczego tak się dzieje. Ich teoria regeneracji uwagi zakłada, że nasza zdolność do skupienia jest zasobem, który się wyczerpuje, czyli im więcej godzin spędzamy, świadomie kierując uwagę na ekran, powiadomienia czy listy zadań do wykonania, tym bardziej jesteśmy zmęczeni, nawet jeśli fizycznie nic nie robiliśmy. Natura działa inaczej. Przyciąga uwagę bez żadnego zbędnego wysiłku, liście poruszające się na wietrze, gra światła, nieregularny kształt gałęzi, szum drzew i odgłosy natury. Choć na pozór dzieje się tam całkiem sporo, to nasza uwaga nie musi niczego pilnować i za niczym nadążać. I właśnie wtedy naprawdę odpoczywamy. To dobra wiadomość, bo oznacza, że nie potrzeba wyprawy do puszczy, żeby z tego skorzystać. Skrzynka ziół na balkonie, jedna roślina doniczkowa w rogu pokoju, kilka minut spędzonych na patrzeniu i pielęgnowaniu latorośli. I nie, to nie namiastka kontaktu z naturą, to czysta natura, tylko w mniejszej dawce. Jest jeszcze jedna droga kontaktu z naturą, o której mówi się rzadziej, a która nie wymaga nawet balkonu - zmysł węchu. Kiedy w pomieszczeniu unosi się zapach drewna czy suszonych ziół, może on wpływać na nasze samopoczucie i poziom stresu. Naturalne, drzewne, ziemiste czy roślinne nuty mogą sprzyjać wyciszeniu i relaksacji, angażując zmysły w sposób, który nie wymaga od nas świadomego wysiłku. Ale zapach działa także przez skojarzenia. Zapach pomarańczy może uspokajać nie dlatego, że jej aromat wpływa na nasz organizm sedatywnie, ale dlatego, że dla wielu z nas jest związana ze świętami, domem, dzieciństwem i poczuciem bezpieczeństwa. Zapach drewna może przywoływać wspomnienie lasu albo konkretnych wakacji, a suszonych ziół kuchni babci albo letniego ogrodu. Nie zastąpi to spaceru po lesie ani kontaktu z naturą w pełnym tego słowa znaczeniu, ale może być jego małym, codziennym uzupełnieniem. Praca rąk bez celu Jest jeszcze jeden obszar, w którym łatwo wpaść w tę samą pułapkę optymalizacji, o której pisaliśmy na początku, a są nimi warsztaty i zajęcia, głównie manualne i fizyczne. Coraz częściej opisuje się je językiem korzyści: redukuje stres i poprawia koncentrację. To wszystko prawda, ale jest w tym pewna pułapka. Jeżeli siadamy do robienia świecy czy wykonywania ćwiczeń fizycznych z myślą „to ma mi coś dać”, bardzo szybko zamieniamy kolejną formę odpoczynku w kolejne zadanie do wykonania z mierzalnym efektem. Tymczasem to, co najbardziej wartościowe w pracy rękami, dzieje się właśnie wtedy, kiedy przestajemy pilnować efektu końcowego. Kiedy skupiamy się na tu i teraz i kiedy w danym momencie nie liczy się dla nas, czy świeca wyjdzie idealnie równa i instagramowa, tylko to, że przez godzinę Twoja uwaga jest w jednym miejscu, przy składnikach, unoszących się w powietrzu zapachach i dłoniach zajętych czymś konkretnym. Nie trzeba tego nazywać uważnością ani medytacją w ruchu. To po prostu chwila, w której nic nie trzeba jednocześnie monitorować. Wracając do prostoty Może więc odpoczynek nie wymaga kolejnej aplikacji, techniki czy planu tygodnia. Może wystarczy skrzynka ziół na balkonie, świeca zapalona bez konkretnego powodu, godzina spędzona przy czymś, co nie ma się na nic przydać. Dokładnie tak, zupełnie na nic. Nie po to, żeby to zoptymalizować, tylko po to, żeby na chwilę przestać.